26 lutego 2016 r 16. uczniów klasy 2c wraz z opiekunami panią Zofią Parzych i panią Martą Perfikowską wyjechało na praktykę zawodową do Rimini we  Włoszech.

Wyruszyliśmy w trasę rano. Czekało nas około cztery godziny drogi do lotniska w Modlinie. Przed wejściem do busa wszyscy pożegnali się z osobami im towarzyszącymi. Oczywiście pani Zofia starannie sprawdziła czy mamy wszystkie dokumenty. Ledwo się obejrzeliśmy, a już byliśmy w drodze ku nowej przygodzie. W busie było chłodno. Trudno się temu dziwić bo na zewnątrz panował mróz. W niczym nam to jednak nie przeszkadzało. Nasza ekscytacja wyjazdem wzrastała wraz z oddalaniem się od domu.

Gdy dojechaliśmy do Modlina na zewnątrz nadal było zimno. Na szczęście szybko weszliśmy do terminalu lotniska. Po zdaniu bagażu skierowaliśmy się wszyscy razem na odprawę. Następnie udaliśmy się do bramki. Mieliśmy jeszcze dużo wolnego czasu więc niektórzy z nas udali się na pierwszy „shopping”. W zasadzie już niedługo mięliśmy się przyzwyczaić do komunikowania się w języku angielskim. Nie było dla mnie to takie proste. Jednak bardzo pomogła mi dodatkowa nauka języka przed wyjazdem. Zresztą myślę, że większość klasy podzielałaby moje zdanie.

O wyznaczonej godzinie bramka została otwarta i weszliśmy do samolotu. Byliśmy trochę rozproszeni po samolocie. Na szczęście ja siedziałam z dwiema koleżankami. Jedna z nich trochę bała się lecieć, a szczególnie startu. Ja cieszyłam się z lotu samolotem. Jakoś mnie to nie przerażało. Potraktowałam to jak coś na co nie miałam wpływu i czego nie zmienię. Jednak widoki z okna były nieziemskie. Choć poniekąd patrzyliśmy na ziemię z lotu ptaka. Widzieliśmy góry, jeziora, pola i chmury. Pełno chmur. Gdy wznieśliśmy się ponad nie, oślepiło nas słońce którego tak dawno nie widzieliśmy w pełnej okazałości. Mimo że nie siedziałam przy oknie skupiałam swoją uwagę na tym małym lusterku na świat poza samolotem. Miło było patrzeć jak ciemne niebo powoli przepełnia się słonecznym blaskiem. Lecieliśmy samolotem około dwie godziny.

Po przylocie do Boloni pojechaliśmy autokarem prosto do rezydencji „Nautic” w Rimini, w której od tej pory mieliśmy mieszkać. Była ona położona prawie nad samym morzem. Powietrze było rześkie i ciepłe. Po zakwaterowaniu wszyscy poszliśmy do swoich pokoi. Można powiedzieć, że podróż była męcząca, bo od razu położyłam się spać.

Następnego dnia w okolicach południa wyruszyliśmy na całodzienną pieszą wycieczkę po Rimini. Jest to naprawdę ładne miasto. Pierwsze co zwróciło moja uwagę to roślinność. Było tam tak zielono. A przecież była to dopiero końcówka lutego. Przestało mnie to dziwić kiedy zdałam sobie sprawę z tego co widzę. Oglądałam przecież palmy rosnące na ulicy i żywopłoty z liści laurowych. Być może dopiero do mnie dotarło, że jestem w innym miejscu świata.

Oprowadzała nas pani Marta, która przestudiowała chyba całą wikipedię bo wiedziała dosłownie wszystko. Jednak dzień na wycieczkę nie był zbyt dobry, bo ani się nie obejrzeliśmy jak zaczął padać deszcz. Przemierzaliśmy więc starówkę uzbrojeni w kolorowe parasole. Co wyglądało naprawdę pociesznie. I mimo że było mokro cały dzień upłynął nam na oglądaniu starych budowli, posagów, uliczek oraz innych zabytków. Po powrocie wszyscy położyliśmy się wcześnie spać.

W niedzielę 28 lutego nie zwalniając ani na chwilę tempa udaliśmy się zwiedzać San Marino. Było ciepło ale nie za gorąco. Można powiedzieć, że pogoda idealna. Jechaliśmy autobusem. A widoki z autobusu nie były interesujące do czasu kiedy zaczął on się wspinać pod górę. Oczywiście czuliśmy zmianę ciśnienia. Jednak było to już mniej wyczuwalne niż w trakcie startu samolotu. Gdy wyszliśmy z pojazdu naszym oczom ukazał się piękny krajobraz rozciągających się pasm górskich. Aparaty poszły w ruch. Stojąc na takiej wysokości ma się uczucie bycia wolnym, a jednocześnie pokonanym przez ogromne skalne olbrzymy patrzące na nas zewsząd.

Zaczęliśmy powoli wchodzić na szczyt do pierwszej z trzech fortyfikacji. Cały czas podziwiając ten bogaty krajobraz. Na naszej drodze było mnóstwo sklepików, straganików i barów. Można było tam kupić wszystko. Jednak najbardziej zainteresowały mnie aniołki. Dowiedziałam się, że wyrabiane są ręcznie i można je kupić tylko na terenie San Marino. Zgodnie z kierunkiem zwiedzania odwiedziliśmy wszystkie wieże. Jednak nie wchodziliśmy do ich wnętrza. Na ostatnią wieżę poprowadził nas kamienny most. Ścieżka prowadząca do niej była tak jakby „dzika”. Otoczona drzewami i wzniesieniami skalnymi. Wprowadzało to klimat powieści fantastycznej. Przez co poczułam się jak małe dziecko podróżujące po krainie baśni.

Z wierzchołka góry było widać miasto. Malutkie domki niczym pudełka od zapałek pokazywały jak wielką potęgą jest góra na której się znajdowaliśmy. Podziwialiśmy piękny widok z samego wierzchołka góry San Marino. W sklepach spotkałam wielu uprzejmych ludzi. Pracowali tam nawet Polacy. Niestety po jakimś czasie dała nam się we znaki wysokość na jakiej jesteśmy. Było tam zdecydowanie chłodniej niż w Rimini. W pewnym momencie zaczął padać deszcz. Nie był ulewny. Jednak zmusił nas do szybszego powrotu. Chętnie wróciłabym tam jeszcze raz.

Od poniedziałku rozpoczęliśmy dzień od spotkania ze Stratosem, pracownikiem Biura Sistemo Turistico. Zaprowadził nas do „Centro Turismo” w którym Viki, wytłumaczyła nam na czym polegać będą nasze praktyki, terminy wycieczek planowanych, terminy spotkań, rozdała niezbędne dokumenty. I tak rozpoczęliśmy nasze praktyki. Każdy z nas pracował w innych godzinach. Spotykaliśmy się wszyscy  najczęściej wieczorem we wspólnym gronie aby pogadać o tym jak minął nam dzień. Ale nie tylko wtedy. Niekiedy dziewczyny wpadały do nas do pokoju np. na obiadek czy po prostu pogadać. Można powiedzieć, że ten wyjazd był zdecydowanie lepszy od jakiejkolwiek wycieczki integracyjnej.

Praktyki były niezwykle interesujące. Niektórzy trafili do restauracji z owocami morza. Trochę im zazdrościłam. Ja miałam praktyki w tradycyjnej włoskiej restauracji . Były tam podawane chyba wszystkie regionalne dania. Od lazanii aż po crustatte. Spróbowałam wielu dań i nauczyłam się je przygotowywać. Nauczyłam się formować poszczególne rodzaje makaronu takie jak tortellini czy kapeletti. Zajmowałam się nie tylko obróbką wstępną ale też robiłam pizzę, tiramisu, pannacottę i pomagałam w przygotowaniu różnych sosów. Niestety porozumiewanie się w języku angielskim było ciężkie ponieważ w restauracji  znały go może 2 osoby i to nie do końca. Na szczęście Justyna miała ze sobą rozmówki polsko-włoskie.

5 marca w sobotę wyjechaliśmy na pierwszą wycieczkę do Wenecji. Okazało się, że nie jesteśmy jedyną grupą która wybierała się do tego miasta na wodzie. Jechały z nami jeszcze trzy grupy Polaków, którzy też przyjechali na praktyki do Rimini. Pogoda niestety nam nie sprzyjała było zimno, mokro i wietrznie. Jechaliśmy autobusem,  po czym przesiedliśmy się na prom, którym popłynęliśmy do Placu św. Marka. Woda była błękitna i tak przezroczysta, że patrząc w głąb można było ujrzeć rośliny wynurzające się z dna. Po dotarciu na miejsce mięliśmy do dyspozycji dwie godziny czasu wolnego. To bardzo mało, jednak mięliśmy ze sobą panią Zofię. Załatwiła nam wejście do Pałacu Dożów i to bez kolejki. Patrząc na krużganki i bryłę pałacu byłam przekonana, że jest to budowla barokowa. W pierwszej części pałacu było widoczne bogactwo epoki renesansu. Natomiast im dalej szliśmy tym bardziej wchodziliśmy w renesans. Epokę drewna złoconego i religijności. Przechodziliśmy przez lochy i słynny ”Most westchnień”. To było niesamowite przeżycie dotknąć kawałka historii. Zobaczyć wszystko na własne oczy.

Po wyjściu z pałacu udaliśmy się na kampanilę czyli dzwonnicę, najwyższy budynek w Wenecji. Miała ona idealnie 99 metrów wysokości. Na szczęście można było wjechać na szczyt windą. Było stamtąd widać dosłownie całą Wenecję. A przewodniczka powiedziała nam, że niekiedy przy dobrej pogodzie widać i nasze polskie góry ;). Strasznie wiało. Czułam się tam jak w tunelu aerodynamicznym. Trzymałam się za barierkę i myślałam że zaraz odlecę.

Następnie zwiedziliśmy Bazylikę św. Marka. Zdążyliśmy jeszcze kupić pamiątki i zebraliśmy się wszyscy przed bazyliką, skąd zaczęła nas oprowadzać przewodniczka, która wprowadziła nas w labirynt uliczek, w którym łatwo było się zgubić. Po krótkim zwiedzaniu musieliśmy się rozstać z miastem zakochanych i wrócić do naszej rezydencji by od poniedziałku znów zacząć pracę. Z utęsknieniem patrzyłam na obrazy które oddalały się ode mnie i których już nigdy nie zobaczę.

Do Florencji udaliśmy się 19 marca. Musieliśmy wstać tak wcześnie, że w autobusie prawie wszyscy spali. Tym razem jechaliśmy jako jedyna grupa i mięliśmy cały autokar dla siebie. Ci co spali mogą żałować. Przemierzaliśmy góry, przełęcze i tunele. Widok gór o poranku był niezwykły. Zawsze lubiłam tereny górskie. We Florencji spotkaliśmy się z sympatyczną panią przewodnik. Oprowadzając nas po uliczkach opowiadała o historii tego starożytnego miasta. Z wielkim podziwem oglądałam wszystkie uliczki. Zobaczyliśmy Baptysterium San Givanni wraz ze Wrotami Do Raju, katedrę Santa Maria del Fiore oraz dzwonnicę Giotta. Następnie pani przewodnik poprowadziła nas ulicą Dantego pod Pałac Vecchio, przed którym stoi replika rzeźby Dawida autorstwa Michała Anioła.

Stamtąd udaliśmy się na Stary Most, zwany również złotym mostem, który niektórzy z nas mogą kojarzyć choćby z książki „Pachnidło”. Następnie mieliśmy parę godzin czasu wolnego. Pogoda była świetna. Słońce grzało jak w lecie. Oczywiście nasza kochana pani Zofia załatwiła nam darmowe wejście do Muzeum Uffizi.

Ja jednak nie skorzystałam z tej okazji. Wolałam poprzechadzać się uliczkami i delektować się pogodą. Pamiętam, że było tam bardzo dużo dobrego jedzenia. Makron to moje klimaty. Oczywiście były głosy, że kaloryczny, że ktoś nie lubi, ale ja nie narzekałam. Wręcz przeciwnie byłam w makaronowym raju. Dodając do tego owoce morza to były niezwykłe doznania smakowe, których chciałabym kosztować w nieskończoność – pyszności.

Wracając do Florencji – po Muzeum Uffizi nieliczni z panią Zofią udali się jeszcze do Galerii Akademii, gdzie mogli podziwiać oryginał rzeźby Michała Anioła – Dawida. Po czasie wolnym wszyscy się spotkaliśmy i wyruszyliśmy w drogę powrotną.

23 marca mieliśmy ostatnie spotkanie ewaluacyjne w Biurze Sistema Turismo, podczas którego otrzymaliśmy certyfikaty odbycia praktyki we włoskich restauracjach.

24 marca w czwartek zaczęliśmy się przygotowywać do powrotu do Polski. Pakowanie się, ostatnie lody, ostatnia pizza, ostatni spacer nad morze. Ostateczne pożegnanie. Byłam jednocześnie smutna i szczęśliwa, że wracam. Następnego dnia rano wróciliśmy do Polski. Wszyscy byli jacyś smutni. Ale w głębi każdy z nas się pewnie po cichu cieszył, że wraca.

Chętnie pojechałabym tam jeszcze raz. Gdybym mogła jeździłabym tam w każde wakacje do pracy.

Każdy z nas będzie tęsknił za Rimini i za czasem tam spędzonym, a pobyt na praktykach na zawsze pozostanie w naszej pamięci.

Agnieszka Sobolewska
uczestniczka praktyk, kl. 2c

zobacz też:

http://mragowo24.info/news/3945-uczniowie-zs-nr-2-podsumowali-staze-w-rimini